wtorek, 19 lipca 2011

Legion 501 Polish Garrison

Usłyszałam wczoraj na swój temat: „ona jest wszędzie”. Takoż i byłam w weekend odkrywać nowe rejony i kolejny odłam fandomu, fantastów, cosplayowców, geeków i innych wrzuconych do wielkiego worka z etykietką FREAK. Od piątku do niedzieli, dzięki uprzejmości koleżanki A., bawiłam się na międzynarodowym zlocie tuningowanych wielkich aut Master Truck w Opolu, jako jeden z reprezentantów Polskiego Garnizonu Legionu 501.
Legion 501 to międzynarodowa organizacja Star Wars z oficjalną rekomendacją samego George’a Lucasa. Aby do niej należeć, wystarczy być pełnoletnim i posiadać (kupić/zrobić/uszyć/wykuć) strój starwarsowy (w przypadku 501 są to stroje ze strony Imperium, jest ich konkretna lista) zgodny z bardzo restrykcyjnymi standardami. Strój ten jest oceniany najpierw w kraju, potem w USA i po jego zaakceptowaniu można już działać. W teorii 501 ma promować Gwiezdne Wojny szerszej publiczności. Pojawiają się zatem na konwentach, imprezach masowych, pozują do zdjęć, prowadzą atrakcje dla dzieciaków (składanie mieczy świetlnych, strzelanie z blasterów, konkursy itp.). Bez osiągania korzyści materialnych. Rozwiewam wątpliwości – nie należę do 501 i nie miałam z nimi wcześniej do czynienia, poza mijaniem ich na konwentach.  Jadąc z takimi informacjami do Opola, byłam jednak pełna wiary i entuzjazmu.
Umarły godzinę po pierwszym kontakcie.
Na początku chcę bardzo podziękować Sternikowi, który ogarniał wielki burdel. Bardzo sympatyczny, pomocny człowiek, także i jego dzioucha Carmen przejawiała wielką chęć pomocy i wsparcia. To dzięki nim możliwa była moja obecność tam. Dziękuję też facetowi, który jeździł po nas autem na dworzec, na imprezę, do hostelu i z powrotem.
A teraz łyżka dziegciu. Chochla raczej. Garnek, kurde, wielki kociołek. Dojechałyśmy w piątek do hostelu jako ostatnie. Przywitałam się ze wszystkimi, przedstawiłam. Okazało się, że ktoś nie dopilnował rezerwacji i na 14 obecnych osób było 13 łóżek w kilku pokojach. Moment konsternacji, publiczna rozmowa z właścicielką. Żaden z jedenastu panów nie wyszedł z propozycją odstąpienia swego legowiska. Okazało się, że trzecia i ostatnia z obecnych w naszym składzie kobiet ma materac, który trzeba nadmuchać. Przejęłam go i poszłam poinformować panów, że mają questa nadmuchania tego itemu. Usłyszałam od długowłosego osobnika: „Chyba ty!”. Wtedy dotarło do mnie, że w owym gronie nie mam co liczyć na szacunek, do którego zostałam niecnie przyzwyczajona na co dzień, a co najwyżej dostanę ignora. Piwo później, właścicielka hostelu z pomocnikiem zajęła się materacem i wnieśli go na górę. Tam walnęłam go w pokoju na ukos, bo na środku stał stół i grano w Munchkina. Ignorując zapalone światło i głośne rozmowy, poszłam spać.
W sobotę mieliśmy być gotowi o 9, by na 9.30 dowieziono nas na teren imprezy. Wstałam o siódmej, gotowa byłam o 8.30. Hostel dopiero zaczynał wstawać. Na festyn dotarliśmy z półgodzinnym opóźnieniem, zjedliśmy leniwe śniadanie i 501 poszli się przebierać. Ja i A. byłyśmy na stoisku starwarsowym o 11-tej. Jedyne osoby spoza Legionu 501, do tego przebrane za piratów (stoisko było łączone – motyw SW i Piratów z Karaibów, a jako że ja nie mam stroju SW…). 501 dotarli po godzinie. Z ręką na sercu przyznaję, że do godziny 17tej nic się przy naszych namiotach nie działo.  Poza trzygodzinnym malowaniem Darth Maula, żadnych zabaw, konkursów, prezentacji. Bywały momenty, że przy namiocie nie było ani jednej postaci w stroju SW, by dzieciaki porobiły sobie foty. Z A. ganiałyśmy się i strzelałyśmy z blasterów, była też krótka faza na Mortal Kombat (mój wachlarz kontra broń na piankowe pociski, oł je). Organizowałyśmy dzieciakom strzelanie do starwarsowych tarczy. Przy stoisku w pewnym momencie siedział Trooper i dziecko zapytało go, co to jest Legion 501. „Taka organizacja, jest napisane na bannerach” – odpowiedział „zaangażowany” cosplayowiec i wrócił do kiwania się na krześle. Wydaje mi się, że gdy 501 wystawia dwanaście przebranych osób, da się zorganizować to tak, by co najmniej połowa była ciągle na stanowisku. Wydaje się… Około 17tej jakby wszyscy się obudzili, a może po prostu dostali opieprz od organizatorki, która chwilę wcześniej przyszła do nas, zobaczyła tylko nas dwie i spytała, czemu tu się nic nie dzieje. Pewnie godzinę się przebierali, bo część przyszła już w wariancie pirackim. Zaczęły się zabawy z dzieciakami. Bardzo pozytywna akcja. Szkoda, że nie od rana. My, wraz z jeszcze jedną dziewczyną, odpaliłyśmy stolik z malowaniem dzieciakom twarzy i włosów. Cieszyło się to sporą popularnością. O 19tej usłyszałam, że 501 się zbierają, bo taka była umowa. Ciekawe, czy umowa była 17-19, czy może jednak 11-19… My malowałyśmy jeszcze jakoś do ósmej. Skoro są dzieci, które chcą, a my mamy czas i po to tam przyjechałyśmy… To dlaczego k* nie?
Wieczorem jedzenie, picie – za darmo w namiocie VIPów. Można było odnieść wrażenie, że niektórzy tylko dlatego przyjechali. Ogólna integracja. Oni przy jednym stole, my we dwie przy osobnym ;). Przy najbliższej możliwości powrotu do hostelu, skorzystałam i uciekłam. Na spokojnie mogłam zdemontować strój, obsmarować spieczony dekolt, zmyć z włosów farbę w czterech kolorach. Walnąć na materac i zacząć regenerować manę. W międzyczasie część panów oddawała się rozrywkom na poziomie malowania pastą do zębów kutasa na przedniej szybie auta facetowi, którego nie lubili. Zaiste, bohaterów ocenia się po chwalebnych czynach, a nie po tysiącach złotych wpakowanych w ciuchy z filmu. Pozostałe postacie wróciły i zaczęła się w naszym pokoju impreza. Póki wszyscy mówili na jeden temat, było dobrze. Gdy zaczęły się trzy rozmowy równocześnie, gdzie jedni chcą przekrzyczeć drugich, moją głowę opanowała kakofonia dźwięków. Mimo tak niesprzyjających warunków, uparłam się nie wchodzić w interakcję i próbowałam zasnąć. Było to oczywiście niewykonalne, jednak odpowiednio sprawna symulacja ograniczyła ilość tekstów rzucanych w stronę moich pleców. Jestem typem obserwatora, a poczynione obserwacje nie zachęciły mnie do podjęcia kroków ku integracji. Okazało się natomiast, że znają moje imię i po pijaku są nawet w stanie go używać.
Niedzielnego ranka miałam już wywalone na wszystko. Wstałam sobie o 8.30, bez stresu, że gdziekolwiek się spóźnię. Jakąś godzinę później okazało się, że czeka na nas samochód z transportem na imprezę. Zawartość naszego pokoju spała w najlepsze. Czy nie przyszło mi do głowy, żeby ich obudzić? Ależ przyszło, wielokrotnie. Nawet próbowałam – werbalnie, komórką, marszem imperialnym. To dorośli ludzie, a żaden z nich nie wpadł na pomysł ustawienia skutecznego budzika. Próbowałam, mimo że to nie moje małpy i nie mój cyrk. Na stoisku w niedzielę dla odmiany nic się nie działo. Odpaliłyśmy kącik z malowaniem dzieciaków. Malowałyśmy jeszcze chwilę po tym, jak Legion zwinął już swoje bannery i poszedł w  cholerę. Po drodze było małe spięcie. Około południa chciałyśmy iść z A. zjeść gofry (bo na śniadanie oczywiście nie zdążyliśmy, a od chleba ze smalcem można było się już porzygać). Na stoisku był Tusken i Imperial Guard. „Słuchajcie, idziemy coś zjeść” – zakomunikowałam. „Ale to poczekajcie, aż wrócą pozostali, bo my we dwóch nie upilnujemy stoiska”. Że niby jak nie upilnują? My we dwie dawałyśmy radę. No tak, ale oni mają maski i jak ktoś będzie chciał robić sobie z nimi zdjęcia to nie będą mogli pilnować. Mogą sobie robić zdjęcia na zmianę… Pozwolili nam pójść. „Ale wracajcie szybko”. Ach. Dawno mi nie smakował tak gofr jedzony przez godzinę. Tyle zajęło mi wywalenie z głowy obrazu, w którym rozsmarowuję owego gofra ociekającego wiśniową konfiturą po dopieszczonym stroju Tuskena. Kawa w namiocie, kaszanka. Doszły nas słuchy, że mamy wrócić na stoisko. Wróciłam, A. jeszcze coś załatwiała. Miałyśmy wrócić na stoisko, żeby go pilnować, bo oni chcieli się powozić meleksem po terenie imprezy. To nie mogliście zostawić jednej osoby? No nie, bo wszyscy chcieli jechać… LOL. Pozwoliłam sobie na uwagę, że to karygodne, że na stoisku Gwiezdnych Wojen są momenty, że nie ma nikogo z Gwiezdnych Wojen. Dzieci przychodzą zrobić zdjęcie i nie mają z kim. A im przeszkadza, że przez godzinę było nieczynne stoisko z malowaniem twarzy. Mogli schować kartkę z napisem i tyle. Może jakby zorganizowali jakąś inną atrakcję, malowanie nie byłoby przez ten czas takie potrzebne. Urocze jest, gdy grupa osób ma pretensje do helperów (nie mam nic wspólnego z ich organizacjami, jechałam tam w celach zapoznawczych i pomagałam z własnej dobrej woli, nie z powodu darmowego paskudnego piwa, rozcieńczonej coli i noclegu na podłodze) o to, że nie odwalają za nich roboty.
Nie kwestionuję ich ogromnej starwarsowej wiedzy. Pasji, którą włożyli w przygotowanie strojów. Pocenia się w grubych pelerynach, maskach, zbrojach w 30-stopniowym upale. To wszystko jest imponujące. Gdzieś po drodze zagubiło się tylko bycie fajnymi ludźmi. Zagubiła się pasja skierowana na zewnątrz, do ludzi, dla których powinni tam być. Patrz, ale nie dotykaj. Podziwiaj, grzej się w aurze zajefajności, którą nie chcę się z Tobą dzielić. Nie wszyscy pracowali na tą opinię. Są osoby w porządku, którym zależy, które potrafią się zachować. Niestety, przeważające negatywne emocje wpływają na ogólne postrzeganie.
Wychodzi na to, że musiałam napisać niemal trzy strony, by ominąć stwierdzenie „501 to banda nadętych, zapatrzonych w siebie buców”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz