środa, 21 maja 2014

BEYOND: DWIE DUSZE - Subiektywna relacja

Ostrzeżenie o epilepsji



Pomimo krytyki, której nie szczędzę w tym tekście, chcę podkreślić, że z grą spędziłam miłe chwile, a do kilku scen z pewnością wrócę. Dla mnie  jest to film interaktywny, zatem narzekania na szczątki mechaniki, redukcję ingerencji gracza w akcję pozostawię innym. Mnie interaktywność poziomu visual novel nie przeszkadza, a wręcz uprzyjemnia oglądanie, nie rozpraszając irytującymi sekwencjami QTE.

Początek


Lubię ciekawe, dobrze zbudowane historie. Żywe, mięsiste postacie. Intrygę, zagadki, nastrój. Z założenia jestem bardziej przychylnie nastawiona do gier, które chcą mi coś opowiedzieć, wzbudzić silne emocje, wryć się w pamięć. Jestem w stanie im wiele wybaczyć, o ile w jakiś sposób mnie porwą, wzruszą, doprowadzą do płaczu, zadumy lub radości. Beyond: Two Souls miewało takie momenty. Zostały one jednak brutalnie zamordowane przez nadrzędny błąd całości.

Błąd podstawowy


Głównym grzechem Beyond jest brak fabuły. Spójnej, ciekawej, logicznej, absorbującej.  Z rozwinięciem, kulminacją, zakończeniem. Zwrotami akcji, stopniowaniem emocji. Mniej więcej w jednej trzeciej rozgrywki narodziło się pytanie, kiedy zacznie się główny wątek. Nie zacznie – pomyślałam – ta gra wygląda na „historię życia Jodie”, bez myśli przewodniej.



Historię życia można opowiedzieć w ciekawy sposób. Gdy jednak mamy do dyspozycji kilkanaście godzin gry-filmu, rozsądniej jest opowiedzieć tego życia wycinek. Tak, jak to robi Heavy Rain, przedstawiając z różnych perspektyw trwające kilka dni śledztwo. Beyond jednak chce nam opowiedzieć historię dosłownie od narodzin do śmierci, przy czym śmierć jest opcjonalna.  Wyobraźmy sobie zatem kilkunastogodzinny, gdyż przejście tego filmu zajęło mi około trzynastu godzin, film biograficzny. Musi być naprawdę niezwykły, by przykuć widza do ekranu. Co zatem zrobiono? Cage i jego kilkusetosobowa ekipa postawili na dwa rozwiązania, które położyły grę.

Dwa faile



Pierwszym jest rozbicie fabuły na niechronologiczne rozdziały, które wraz z postępem w grze pojawiają się na bardzo ładnej osi czasu. Skaczemy zatem między scenami z dzieciństwa Jodie, misjami dla CIA, okresu jej buntu i tułaczki. Scen jest za dużo i nie są bezpośrednio ze sobą powiązane. Oznacza to, że nie możemy podejmować żadnych kluczowych decyzji, które wpłynęłyby na przyszły bieg wydarzeń.  Przeważnie w dobrych filmach takie zabiegi uatrakcyjniają historię, a zaskakujące retrospekcje rzucają nowe światło na relacje między bohaterami, zmieniają nasze nastawienie, podają w wątpliwość wcześniejsze treści. W Beyond nie osiągnięto takiego efektu, a pocięcie na kawałki sprawia, że historia jest mniej czytelna. Może to dobrze, ponieważ...

Drugim niefortunnym rozwiązaniem jest sama fabuła, która po chronologicznym ułożeniu ujawnia wszystkie swoje absurdy. W tym miejscu nie uniknę spoilerów, zatem osoby planujące przygodę z grą odsyłam kilka akapitów dalej (za to chronologicznie!).

Moja niewiarygodna historia


Nie słyszałam o ludziach, którzy byli by w stanie prowadzić tak barwne, zróżnicowane i pełne emocji życie jak Jodie. Może dlatego, że potajemnie walczą z ramienia CIA z istotami z zaświatów, zamykają bariery, wykonują rytuały sprzed wieków, by odesłać demony Indian Nawaho, eliminują polityków w Somalii, jeżdżą konno, na nartach, pływają łodzią podwodną, są torturowani w tajnych, podwodnych bazach, uciekają przed helikopterami i psami przez lasy i rzeki, a w wolnej chwili są przetrzymywani w ogromnym ośrodku badawczym pentagonu z rzucającymi się w oczy logo Department of Paranormal Activity (który potem niszczą), ponieważ od urodzenia są połączeni niewidzialną nicią z dodatkową duszą, którą czasem mogą kontrolować, a która przeważnie ma własną, wolną wolę i nie ogranicza się do zrzucania książek z półek. 


Do tego stoi za nimi dramatyczna historia prywatna, zostali brutalnie odebrani matce, przybrani rodzice zamknęli ich w ośrodku, a ojczyma próbowali udusić (opcjonalnie). Ich mentor, opiekun i lekarz popada w obłęd i zwraca się przeciwko nim, pracodawca próbuje wpędzić w śpiączkę, a ukochany najpierw kocha, potem oszukuje, dostaje wpierdol, wydłubują mu oko i w końcu stwierdza, że jednak kocha. Ukrywają się wśród bezdomnych, żebrzą o jedzenie, odbierają poród, ratują ludzi z płonącego budynku...W ich życiu nie ma ani jednego miłego wspomnienia, wiecznie płaczą, patrzą w pustkę lub jęczą, jak bardzo im źle. Nieustannie udręczeni, wykorzystywani, manipulowani.  Na pewno o czymś zapomniałam, ale tak w skrócie przebiega około trzydzieści pierwszych lat życia Jodie.

Całość jest absurdalna, niewiarygodna, a o wzruszającym, intymnym dramacie można zapomnieć. Widać, że twórcy chcieli upakować jak najwięcej, jak najmocniej i dla jak największej liczby widzów. Efekt jest niestety groteskowy.

Ni pies ni wydra


[SPOILER] Gdyby przyjrzeć się każdej scenie z osobna, są wśród nich naprawdę perełki. Taka na przykład historia Indian Nawaho. Jodie w czasie swojej tułaczki trafia na farmę zlokalizowaną na odludziu. Mieszka tam ojciec z dwoma synami oraz staruszka na wózku, która od trzydziestu lat nie odezwała się do nikogo. Od razu wiemy, że do nas się w końcu odezwie i nie mylimy się. Co wieczór mieszkańcy zamykają się w domu, zastawiają okna deskami, a Jodie zabraniają wychodzić z pokoju do rana. Oczywiście, pierwsze, co robimy to przejście przez budynek i otwarcie wyjściowych drzwi.  Na zewnątrz panuje burza piaskowa, pojawiają się duchy oraz wielki demon, który sieje spustoszenie, morduje owce, płoszy zwierzęta. Zaczynamy zagłębiać się w historię miejsca. Jeździmy konno po pustyni, między skalnymi formacjami, odnajdujemy stare ruiny, w których odczytujemy wspomnienia dawnej walki. W innym miejscu znajdujemy drzewo, wokół którego Aiden odkopuje nam ludzkie szczątki i talizmany (o Aidenie kilka słów za chwilę). W końcu odtwarzamy dawny rytuał, otwieramy przejście i odsyłamy demona do jego świata. Całkiem przyjemny wątek przygodowy dla Lary Croft czy Nathana Drake’a.

 


W innej historii młoda Jodie wchodzi do budynku, w którym zginęło wielu ludzi i panoszą się potwory. Musi dotrzeć do jakiegoś miejsca w piwnicy i zablokować ich źródło. Przyznam szczerze, że przedzieranie się przez zniszczone, płonące korytarze, odczytywanie wspomnień zwłok czy powstające trupy stworzyły atmosferę zagrożenia. Całkiem przyjemny wątek horroru.


Sceny grozy w ogóle przypadły mi do gustu (widzenie zakrwawionych duchów, potwory straszące zasypiającą, małą Jodie, pojawiające się nagle postacie, gasnące światła). Gdyby wyrzucić większość pozostałych, mogłyby być spójną, nastrojową opowieścią. Podobnie można by wybrać sceny misji dla CIA i zrobić z nich przygodowy film akcji. Najchętniej jednak wybrałabym sceny takie, by przedstawić nieprzesadzony, prywatny dramat dziewczyny, która całe życie nie może uwolnić się od przyczepionej do niej duszy. Niestety, twórcy nie potrafili się zdecydować i wrzucili wszystko. Wszystkiego po trochu, niczego po mistrzowsku.



Dwie Dusze


Mimochodem wspomniałam o Aidenie, a przecież wątek tytułowej drugiej duszy powinien być de facto najważniejszy. Jest wszechobecny, to prawda. W każdej dosłownie scenie Aiden w życiu Jodie jest. Nie może być inaczej, skoro koegzystują od narodzin. Nie jest to jednak główny wątek. Właściwie nic do finału na temat Aidena nie wiemy poza tym, że na Jodie przeprowadzane są eksperymenty z jego powodu, a on sam posiada szereg bardzo praktycznych umiejętności. To jest strasznie zmarnowany wątek, który mógł, a chyba nawet powinien, być kluczowym. Cały czas skupiamy się na życiu Jodie, a Aiden pomaga lub przeszkadza osiągać jej cele. Bardzo dobrą sceną ukazującą relację między nimi jest ta, w której dziewczyna zaprasza chłopaka na randkę, a Aiden próbuje im uprzykrzać życie, przejawiając bardzo ludzką zazdrość. 


Przez większość jednak czasu jego głównym zadaniem jest ratowanie jej z opresji. Ma do tego wspaniałe narzędzia. Wcielanie się w Aidena sprawiało mi dużo radości. Przesuwanie przedmiotów, duszenie, przejmowanie umysłu i kontrola nad ludźmi, leczenie ran, przekazywanie Jodie wspomnień z przedmiotów, zwłok lub żywych.  Przelatywanie przez ściany i sufity, podsłuchiwanie rozmów. Jakie możliwości to daje, gdy trzeba wykonać zamach na otoczonym przez uzbrojonych ludzi celu! Wcielanie się w żołnierzy i zabijanie ich kompanów było jedną z moich ulubionych rozrywek.

Epilog


Dałam sobie kilka dni na okrzepnięcie przemyśleń odnośnie Beyond.  Dopiero po ukończeniu gry zaczęłam tak naprawdę myśleć o jej brakach, niedoróbkach i rażących błędach. Muszę szczerze przyznać, że w czasie samego grania nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Sceny w większości nakręcone były dobrze, zagrane również dobrze, dostarczały jakichś emocji, wyglądały ładnie, nie stresowałam się ginięciem postaci. Brak możliwości porażki nawet, gdy nic się nie robi, nie unika ciosów, nie ucieka przed wrogiem, nie machnie padem, jest dla niektórych bardzo dużą wadą. Dla mnie nie jest, pod warunkiem, że traktuję kontakt z Beyond jak oglądanie filmu interaktywnego, a nie gry filmowej, w której mam cokolwiek do powiedzenia jako gracz (patrz: Heavy Rain, the Walking Dead).

Prolog 



Nie wiem, czy komuś mogę ją polecić. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak perfekcyjnie można odwzorować realnych aktorów w świecie wirtualnym – tak. Jeśli ktoś chce zobaczyć filmowe ujęcia, usłyszeć muzykę Hansa Zimmera i popatrzeć na naprawdę ładne obrazy – tak. Nie ma takich produkcji wiele, prawie wcale. Jeśli ktoś chce pograć w spójną, trzymającą w napięciu, dobrze zagraną, ładną, logiczną, wzruszającą grę filmową – nie, to nie jest Heavy Rain. Przeszłam go ponownie tuż przed Beyond i prędzej zrobię to jeszcze raz niż wrócę do opowieści Jodie.  Jeśli będę jednak chciała pokazać komuś, jak bardzo filmowo można zrobić grę, z przyjemnością puszczę jeden rozdział tej produkcji. 


wtorek, 19 lipca 2011

Legion 501 Polish Garrison

Usłyszałam wczoraj na swój temat: „ona jest wszędzie”. Takoż i byłam w weekend odkrywać nowe rejony i kolejny odłam fandomu, fantastów, cosplayowców, geeków i innych wrzuconych do wielkiego worka z etykietką FREAK. Od piątku do niedzieli, dzięki uprzejmości koleżanki A., bawiłam się na międzynarodowym zlocie tuningowanych wielkich aut Master Truck w Opolu, jako jeden z reprezentantów Polskiego Garnizonu Legionu 501.
Legion 501 to międzynarodowa organizacja Star Wars z oficjalną rekomendacją samego George’a Lucasa. Aby do niej należeć, wystarczy być pełnoletnim i posiadać (kupić/zrobić/uszyć/wykuć) strój starwarsowy (w przypadku 501 są to stroje ze strony Imperium, jest ich konkretna lista) zgodny z bardzo restrykcyjnymi standardami. Strój ten jest oceniany najpierw w kraju, potem w USA i po jego zaakceptowaniu można już działać. W teorii 501 ma promować Gwiezdne Wojny szerszej publiczności. Pojawiają się zatem na konwentach, imprezach masowych, pozują do zdjęć, prowadzą atrakcje dla dzieciaków (składanie mieczy świetlnych, strzelanie z blasterów, konkursy itp.). Bez osiągania korzyści materialnych. Rozwiewam wątpliwości – nie należę do 501 i nie miałam z nimi wcześniej do czynienia, poza mijaniem ich na konwentach.  Jadąc z takimi informacjami do Opola, byłam jednak pełna wiary i entuzjazmu.
Umarły godzinę po pierwszym kontakcie.
Na początku chcę bardzo podziękować Sternikowi, który ogarniał wielki burdel. Bardzo sympatyczny, pomocny człowiek, także i jego dzioucha Carmen przejawiała wielką chęć pomocy i wsparcia. To dzięki nim możliwa była moja obecność tam. Dziękuję też facetowi, który jeździł po nas autem na dworzec, na imprezę, do hostelu i z powrotem.
A teraz łyżka dziegciu. Chochla raczej. Garnek, kurde, wielki kociołek. Dojechałyśmy w piątek do hostelu jako ostatnie. Przywitałam się ze wszystkimi, przedstawiłam. Okazało się, że ktoś nie dopilnował rezerwacji i na 14 obecnych osób było 13 łóżek w kilku pokojach. Moment konsternacji, publiczna rozmowa z właścicielką. Żaden z jedenastu panów nie wyszedł z propozycją odstąpienia swego legowiska. Okazało się, że trzecia i ostatnia z obecnych w naszym składzie kobiet ma materac, który trzeba nadmuchać. Przejęłam go i poszłam poinformować panów, że mają questa nadmuchania tego itemu. Usłyszałam od długowłosego osobnika: „Chyba ty!”. Wtedy dotarło do mnie, że w owym gronie nie mam co liczyć na szacunek, do którego zostałam niecnie przyzwyczajona na co dzień, a co najwyżej dostanę ignora. Piwo później, właścicielka hostelu z pomocnikiem zajęła się materacem i wnieśli go na górę. Tam walnęłam go w pokoju na ukos, bo na środku stał stół i grano w Munchkina. Ignorując zapalone światło i głośne rozmowy, poszłam spać.
W sobotę mieliśmy być gotowi o 9, by na 9.30 dowieziono nas na teren imprezy. Wstałam o siódmej, gotowa byłam o 8.30. Hostel dopiero zaczynał wstawać. Na festyn dotarliśmy z półgodzinnym opóźnieniem, zjedliśmy leniwe śniadanie i 501 poszli się przebierać. Ja i A. byłyśmy na stoisku starwarsowym o 11-tej. Jedyne osoby spoza Legionu 501, do tego przebrane za piratów (stoisko było łączone – motyw SW i Piratów z Karaibów, a jako że ja nie mam stroju SW…). 501 dotarli po godzinie. Z ręką na sercu przyznaję, że do godziny 17tej nic się przy naszych namiotach nie działo.  Poza trzygodzinnym malowaniem Darth Maula, żadnych zabaw, konkursów, prezentacji. Bywały momenty, że przy namiocie nie było ani jednej postaci w stroju SW, by dzieciaki porobiły sobie foty. Z A. ganiałyśmy się i strzelałyśmy z blasterów, była też krótka faza na Mortal Kombat (mój wachlarz kontra broń na piankowe pociski, oł je). Organizowałyśmy dzieciakom strzelanie do starwarsowych tarczy. Przy stoisku w pewnym momencie siedział Trooper i dziecko zapytało go, co to jest Legion 501. „Taka organizacja, jest napisane na bannerach” – odpowiedział „zaangażowany” cosplayowiec i wrócił do kiwania się na krześle. Wydaje mi się, że gdy 501 wystawia dwanaście przebranych osób, da się zorganizować to tak, by co najmniej połowa była ciągle na stanowisku. Wydaje się… Około 17tej jakby wszyscy się obudzili, a może po prostu dostali opieprz od organizatorki, która chwilę wcześniej przyszła do nas, zobaczyła tylko nas dwie i spytała, czemu tu się nic nie dzieje. Pewnie godzinę się przebierali, bo część przyszła już w wariancie pirackim. Zaczęły się zabawy z dzieciakami. Bardzo pozytywna akcja. Szkoda, że nie od rana. My, wraz z jeszcze jedną dziewczyną, odpaliłyśmy stolik z malowaniem dzieciakom twarzy i włosów. Cieszyło się to sporą popularnością. O 19tej usłyszałam, że 501 się zbierają, bo taka była umowa. Ciekawe, czy umowa była 17-19, czy może jednak 11-19… My malowałyśmy jeszcze jakoś do ósmej. Skoro są dzieci, które chcą, a my mamy czas i po to tam przyjechałyśmy… To dlaczego k* nie?
Wieczorem jedzenie, picie – za darmo w namiocie VIPów. Można było odnieść wrażenie, że niektórzy tylko dlatego przyjechali. Ogólna integracja. Oni przy jednym stole, my we dwie przy osobnym ;). Przy najbliższej możliwości powrotu do hostelu, skorzystałam i uciekłam. Na spokojnie mogłam zdemontować strój, obsmarować spieczony dekolt, zmyć z włosów farbę w czterech kolorach. Walnąć na materac i zacząć regenerować manę. W międzyczasie część panów oddawała się rozrywkom na poziomie malowania pastą do zębów kutasa na przedniej szybie auta facetowi, którego nie lubili. Zaiste, bohaterów ocenia się po chwalebnych czynach, a nie po tysiącach złotych wpakowanych w ciuchy z filmu. Pozostałe postacie wróciły i zaczęła się w naszym pokoju impreza. Póki wszyscy mówili na jeden temat, było dobrze. Gdy zaczęły się trzy rozmowy równocześnie, gdzie jedni chcą przekrzyczeć drugich, moją głowę opanowała kakofonia dźwięków. Mimo tak niesprzyjających warunków, uparłam się nie wchodzić w interakcję i próbowałam zasnąć. Było to oczywiście niewykonalne, jednak odpowiednio sprawna symulacja ograniczyła ilość tekstów rzucanych w stronę moich pleców. Jestem typem obserwatora, a poczynione obserwacje nie zachęciły mnie do podjęcia kroków ku integracji. Okazało się natomiast, że znają moje imię i po pijaku są nawet w stanie go używać.
Niedzielnego ranka miałam już wywalone na wszystko. Wstałam sobie o 8.30, bez stresu, że gdziekolwiek się spóźnię. Jakąś godzinę później okazało się, że czeka na nas samochód z transportem na imprezę. Zawartość naszego pokoju spała w najlepsze. Czy nie przyszło mi do głowy, żeby ich obudzić? Ależ przyszło, wielokrotnie. Nawet próbowałam – werbalnie, komórką, marszem imperialnym. To dorośli ludzie, a żaden z nich nie wpadł na pomysł ustawienia skutecznego budzika. Próbowałam, mimo że to nie moje małpy i nie mój cyrk. Na stoisku w niedzielę dla odmiany nic się nie działo. Odpaliłyśmy kącik z malowaniem dzieciaków. Malowałyśmy jeszcze chwilę po tym, jak Legion zwinął już swoje bannery i poszedł w  cholerę. Po drodze było małe spięcie. Około południa chciałyśmy iść z A. zjeść gofry (bo na śniadanie oczywiście nie zdążyliśmy, a od chleba ze smalcem można było się już porzygać). Na stoisku był Tusken i Imperial Guard. „Słuchajcie, idziemy coś zjeść” – zakomunikowałam. „Ale to poczekajcie, aż wrócą pozostali, bo my we dwóch nie upilnujemy stoiska”. Że niby jak nie upilnują? My we dwie dawałyśmy radę. No tak, ale oni mają maski i jak ktoś będzie chciał robić sobie z nimi zdjęcia to nie będą mogli pilnować. Mogą sobie robić zdjęcia na zmianę… Pozwolili nam pójść. „Ale wracajcie szybko”. Ach. Dawno mi nie smakował tak gofr jedzony przez godzinę. Tyle zajęło mi wywalenie z głowy obrazu, w którym rozsmarowuję owego gofra ociekającego wiśniową konfiturą po dopieszczonym stroju Tuskena. Kawa w namiocie, kaszanka. Doszły nas słuchy, że mamy wrócić na stoisko. Wróciłam, A. jeszcze coś załatwiała. Miałyśmy wrócić na stoisko, żeby go pilnować, bo oni chcieli się powozić meleksem po terenie imprezy. To nie mogliście zostawić jednej osoby? No nie, bo wszyscy chcieli jechać… LOL. Pozwoliłam sobie na uwagę, że to karygodne, że na stoisku Gwiezdnych Wojen są momenty, że nie ma nikogo z Gwiezdnych Wojen. Dzieci przychodzą zrobić zdjęcie i nie mają z kim. A im przeszkadza, że przez godzinę było nieczynne stoisko z malowaniem twarzy. Mogli schować kartkę z napisem i tyle. Może jakby zorganizowali jakąś inną atrakcję, malowanie nie byłoby przez ten czas takie potrzebne. Urocze jest, gdy grupa osób ma pretensje do helperów (nie mam nic wspólnego z ich organizacjami, jechałam tam w celach zapoznawczych i pomagałam z własnej dobrej woli, nie z powodu darmowego paskudnego piwa, rozcieńczonej coli i noclegu na podłodze) o to, że nie odwalają za nich roboty.
Nie kwestionuję ich ogromnej starwarsowej wiedzy. Pasji, którą włożyli w przygotowanie strojów. Pocenia się w grubych pelerynach, maskach, zbrojach w 30-stopniowym upale. To wszystko jest imponujące. Gdzieś po drodze zagubiło się tylko bycie fajnymi ludźmi. Zagubiła się pasja skierowana na zewnątrz, do ludzi, dla których powinni tam być. Patrz, ale nie dotykaj. Podziwiaj, grzej się w aurze zajefajności, którą nie chcę się z Tobą dzielić. Nie wszyscy pracowali na tą opinię. Są osoby w porządku, którym zależy, które potrafią się zachować. Niestety, przeważające negatywne emocje wpływają na ogólne postrzeganie.
Wychodzi na to, że musiałam napisać niemal trzy strony, by ominąć stwierdzenie „501 to banda nadętych, zapatrzonych w siebie buców”.

wtorek, 28 czerwca 2011

Pierodla 1

Trzeci blog. Pierwszy był, gdy mieszkałam w Londynie i zdawałam relację z niewolniczej pracy na zmywaku. Drugi, gdy wróciłam do Wrocławia i zdawałam relację z niewolniczej, acz bardzo przyjemnej, pracy w sklepie z grami komputerowymi/konsolowymi. Trzeci powstaje z głupoty i nudy. Pierodly to moja dawna literówka. Za czasów Windowsa 3.1 utworzyłam folder na tzw. odpadki, rzeczy, których nie potrafię przypisać do czegoś konkretnego. Tak założyłam "Pierdoły", ino coś mi nie wyszło. Od tamtej sytuacji minęły lata, a Pierodly stały się obowiązkowym elementem na każdym moim dysku. Takoż i w sieci poświęcę im miejsce.